sobota, 25 lipca 2015

Rozdział 62

                         Nigdy tego nie robiłam, ale jeśli chcecie, do tego rozdziału polecam piosenkę Coldplay'a "The Scientist". Jest tak samo wzruszająca jak (mam nadzieję) rozdział :) Ale równie dobrze może być jakikolwiek inny smutas, jak kto lubi :) Miłego czytania




*Oczami Harry'ego*



Długo musiałem się szarpać z Patrycją, żeby zatrzymać ją w miejscu. Po usłyszeniu ode mnie tej wiadomości, od razu chciała jechać do szpitala. Widząc jej stan, nie pozwoliłem na to. Przygarnąłem ją do uścisku, a ona desperacko się do mnie przytuliła. Pozwoliłem jej się wypłakać, sam w końcu też płakałem, jak się dowiedziałem. Nie ma co się dziwić, to, co się stało z jej chłopakiem, a moim najlepszym przyjacielem, nawet bratem... Nie mogłem sobie wybaczyć tego, że nic z tym nie zrobiliśmy. Dostawaliśmy wiele ostrzeżeń i pogróżek, ale my oczywiście musieliśmy bawić się w superbohaterów i udawać, że poradzimy sobie ze wszystkim sami. Boże, jacy byliśmy głupi...

-Możemy już jechać? - zapytała szeptem dziewczyna. Uspokajała się prawie trzy godziny. Przez ten czas nie odezwała się ani słowem, próbowała sobie to wszystko poukładać w głowie. Teraz już nie płakała. Miała zapuchnięte oczy, oddychała ciężko i widziałem jak trzęsły się jej ręce. Wszyscy baliśmy się, jak ona zareaguje. Nas to zszokowało i dobiło, ale baliśmy się jak ona to przyjmie. Nikt nie chciał jej powiedzieć, brać na siebie tej odpowiedzialności. Była zupełnie bez życia, tak jak my wszyscy w ciągu ostatnich dwóch dni. Jej twarz nie wyrażała najmniejszych emocji, wyglądała tak, jakby zabrano jej wszystko co miała. Chociaż w gruncie rzeczy.... Dokładnie tak było.

-Na pewno jesteś gotowa, żeby tam pojechać?

-Harry, ja nigdy nie będę na to gotowa.

Pokiwałem ze zrozumieniem głową. Pojechaliśmy więc do szpitala przez zatłoczony Londyn. Wysiedliśmy z auta i momentalnie dopadła nas chmara paparazzich i reporterów, przepychających się przed wejściem. Przy pomocy ochroniarzy przedarliśmy się przez tłum i dotarliśmy do środka. Chcieliśmy uniknąć tego przedstawienia, ale cóż... zbyt wiele się zdarzyło, żeby to ukryć przed mediami. Spojrzałem na dziewczynę, która była zupełnie oszołomiona i wystraszona. Z ciężkim sercem poprowadziłem ją na oddział intensywnej terapii na trzecim piętrze. Teraz na korytarzu czuwali Liam z Zaynem oraz Danielle i Dominika. Gdy tylko nas zobaczyli, momentalnie zerwali się z miejsc. Dziewczyny ze łzami w oczach chciały mocno ją przytulić, ale dyskretnie kiwnąłem im, że to nie jest najlepszy pomysł.

-Który pokój? - Patrycja spytała cicho.

-17. Mam iść tam z tobą? - zaproponowałem delikatnie, ale ona pokręciła głową i powoli podążyła we wskazanym kierunku. Stanęła przed odpowiednią salą, położyła dłoń na uchwycie przesuwającym drzwi i zawahała się.



*Oczami Patrycji*


Stałam tam przez chwilę i w dalszym ciągu nie byłam pewna, co tam zobaczę. Nie wiem, czy kiedykolwiek byłabym w pełni przygotowana na widok, który mnie czekał. Kiedy Harry, kilka godzin temu, powiedział mi o tym przeklętym wypadku, nie czułam nic. Moją pierwszą reakcją nie był smutek, nie był lęk, nie było żadnego gniewu. Uderzenia mojego serca były wtedy jedyną rzeczą, jaką słyszałam. Początkowo nie czułam absolutnie nic. Owszem, byłam cholernie zła na Louisa za tą idiotyczna akcję z jointami. Musiałam za niego świecić oczami. Byłam gotowa wybaczyć mu po przyjeździe, ale nie tak łatwo. Sądziłam, że wysłał Harry'ego, by ten mnie udobruchał. Byłam wściekła, ale cała złość odpłynęła wraz z tą wiadomością. Wiedziałam, że stał się nieodłączną częścią mojego świata. Teraz zrozumiałam, że jest najważniejszą osobą w całym moim życiu.
Powoli, ostrożnie rozsunęłam drzwi sali i weszłam niepewnie do środka. Drzwi same się zatrzasnęły, a ja instynktownie przyłożyłam dłoń do ust, by stłumić jęk rozpaczy. Serce podeszło mi do gardła na ten widok. Mała sala na OIOM-ie. Szpitalne łóżko otoczone mnóstwem maszyn i przewodów. Od razu było widać, że jego życie jest podtrzymywane przez te urządzenia. Zależało tylko i wyłącznie od nich.  Na chwiejnych nogach powoli podeszłam do łóżka, na którym leżał najważniejszy mężczyzna w moim życiu i, starając się nie uszkodzić aparatury, dotknęłam jego dłoni. Był taki delikatny, kruchy i drobny. Zupełnie się różnił od tego silnego, pewnego siebie, wesołego mężczyzny, którego widziałam zaledwie tydzień temu. Teraz miał owiniętą bandażem głowę i podłączone różne pomoce do oddychania, wokół było pełno rurek i innych tajemniczych rzeczy. Słychać było regularne pikanie urządzenia kontrolującego serce. Zdławiłam szloch, ale łzy znowu zaczęły lać się strumieniami. Przysiadłam delikatnie na krześle obok łóżka, ściskając mocniej jego dłoń. Zimną dłoń, która nie zacieśniła się wokół mojej, jak zwykle, a pozostawała niewzruszona. Z bolącym sercem patrzyłam na jego zamknięte oczy i poważny wyraz twarzy. Nawet gdy spał, nigdy nie był aż tak poważny.
Louis był dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałam, zanim go poznałam. Zawsze z wielkim uśmiechem na twarzy, służący anegdotą, by rozbawić ludzi w swoim towarzystwie lub wyciąć komuś numer. Uwielbiał błaznować i improwizować. Wesoły, rozgadany, pogodny, ale szalenie wrażliwy, kochający i troskliwy. Zawsze próbował wszystkiego dla śmiechu i czasami nie widział granicy, a czasami celowo ją przekraczał dla sprawdzenia reakcji innych. W szczególności do swoich żartów upodobał sobie mnie. Chwilami było to odrobinę denerwujące, ale właśnie takiego go kochałam i nie wyobrażałam sobie, by mógł być inny. Nie Louis Tomlinson. Mimo swojej pozycji i całej sławy, było w nim coś takiego, że ludzie do niego lgnęli. Zawsze potrafił poprawić humor lub porozmawiać poważnie w razie potrzeby. Najpierw się go słyszało, dopiero potem widziało. Wszędzie było go pełno. Nie mógł się nigdy uciszyć. Był dokładnie takim samym gadułą jak ja. To wprost nie do pojęcia, że ponad pół roku temu nawet się nie znaliśmy, a teraz nie potrafię sobie wyobrazić życia bez niego. Niewiarygodne, jak bardzo może zmienić się życie w ciągu jakże krótkiego czasu. Siedem dni temu był radosny, szczęśliwy, a potem się pokłóciliśmy i się wściekał razem ze mną. A teraz? Cichy. Nie ruszający się. Ale wciąż żywy.

-Przepraszam, Lou. Tak bardzo cię przepraszam. - wyszeptałam między szlochami.

Podniosłam jego dłoń do ust i delikatnie ją pocałowałam kilka razy i położyłam na moim policzku, nadal mu się przyglądając. Nie wiem, czego tak naprawdę oczekiwałam. Chyba liczyłam na to, że nagle otworzy oczy i wykrzyknie "Hej, kochanie! To tylko mały żart. Odłącz mnie od tych urządzeń i jedziemy do domu, stęskniłem się za tobą!". Tymczasem jednak jego twarz pozostawała kamienna i niewzruszona. Nadal zastanawiałam się, jak do tego wszystkiego doszło. Wyszłam z sali i niepewnym krokiem przeszłam przez korytarz do przyjaciół siedzących na końcu. Usiadłam obok nich, wycierając łzy.

-Jak to się stało? - spytałam cicho, ale nikt nie wyrywał się do odpowiedzi.

-Musicie jej powiedzieć. Tak jak powiedzieliście nam. Czasu i tak nie cofniecie. - oznajmiła odrętwiała Danielle.

-To ludzie z Modest'u. - Harry spuścił głowę, a mnie zamurowało.

-Kto? Ale...

-Pozwól nam skończyć. - przerwał mi delikatnie Zayn. Widziałam, że dla żadnego z nich nie było to łatwe. -Patrycja, to jest cholernie skomplikowane i to będzie dla ciebie ciężkie, tak samo jak dla nas. Wszystko ci wyjaśnimy.

-Kiedy zaczynaliśmy karierę... - rozpoczął Liam, ciężko przełykając ślinę. -Znaleźliśmy się pod nadzorem Modest. Byliśmy niedoświadczeni, nie wiedzieliśmy co mamy robić, a oni nam podpowiadali. Gdzie się pojawić, jak zachowywać i tak dalej. Potem dotyczyło to poważniejszych spraw, takich jak chodzenie z podstawionymi dziewczynami. Już wtedy nie chcieliśmy się na to godzić, ale nie mieliśmy wyjścia i robiliśmy, co nam kazali. W końcu w tamtym roku coś pękło. Oni dyktowali nam coraz odważniejsze polecenia, a my mieliśmy dosyć coraz bardziej. Olaliśmy wszystko i robiliśmy po swojemu.

-Poznaliśmy was. - kontynuował Harry. -Zacząłem chodzić z Dominiką, Niall z Pauliną, a ty z Lou. Mangamentowi to nawet pasowało, ale dopóki nie zaczęło to być na poważnie. Mieliśmy absolutny zakaz wiązania się na dłużej z osobami, z którymi chcemy. Pominę już fakt, że według nich jesteśmy biseksualni i bzykamy się między sobą. W każdym razie dostaliśmy kategoryczne polecenie, aby się z wami rozstać. Wszyscy. Dla nich byliśmy produktem marketingowym, który jest na topie, dopóki nikt nie robi niczego po swojemu. Myśleliśmy nad tym, czy wam powiedzieć. Ale zdecydowaliśmy, że za bardzo was kochamy i z wami zostaniemy bez względu na wszystko. Nawet proponowano nam duże pieniądze dla was w zamian za rozstanie. No i wtedy rozpętała się burza.

-Powiedzieli, że nie ujdzie nam to na sucho. - przejął Zayn. - Zaczęli nas straszyć, grozić, dawać "ostrzeżenia". Kiedy to nie działało, wzięli się do roboty. Najpierw drobne urazy, takie jak otrucie gazem Dominikę. Próby skłócenia nas. Potem coraz poważniejsze wypadki. Te wszystkie "wypadki" w naszym gronie były ich winą. Nie ustępowaliśmy. Myśleliśmy, że nic nie zrobią ludziom, którzy mają z nimi umowę i na których zarabiają potężne pieniądze. Tu już nie chodziło tylko o was, chodziło o wszystko, o te wszystkie lata. Aż w końcu posunęli się do planu zabicia kogoś. Wybrali Louisa. Był najstarszy, miał największy wpływ na wszystko i najwięcej do powiedzenia.

-"Niestety" Louis przeżył jakimś cudem, a cała sprawa się wydała. Prasa już wie o tym całym gównie, mangament został zamknięty, odbędą się sprawy w sądzie, szefostwo do tego czasu zostało aresztowane i grzebią teraz we wszystkich papierach. Wszystkie brudy wyjdą na jaw. Nie tylko nasze sprawy, ale też wszystkich, którzy byli pod "opieką" Modest. Rozpętała się potworna afera. Prawdopodobnie największa w całym UK, jeśli nie dalej. Aresztowali też tych, którzy mieli na nas zlecenia. - Liam się zawahał. -Mangament współpracował z mafią. I to ona nas tak urządziła, a właściwie Louisa. - łzy błysnęły w jego oczach. -Jechał samochodem. Zatrzymali go, wyciągnęli z auta... zaczęli bić. Mieli pistolet. - załamał mu się głos, więc dokończył za niego Zayn.

-I dlatego jest teraz w takim stanie. Połamane żebra, poobijane całe ciało, krwotoki wewnętrzne, postrzał... wszystko, co możliwe naraz. Tommo miał cholerne szczęście, że przejeżdżała tamtędy policja. Gdyby nie oni... - pokręcił głową, nawet nie dopuszczając do siebie takiej myśli i spuścił wzrok.

-Natychmiast ich zakuli. -  dopowiedział Harry. -Zadzwonili po karetkę. Louis był reanimowany przez dziesięć minut na samym środku ulicy. - prawie się rozpłakał. -Stracił bardzo dużo krwi, naprawdę ledwo go uratowali. Od razu go zabrali do szpitala na salę operacyjną. Tam też im się zatrzymał podczas operacji. Gdy go zoperowali, obudził się dosłownie na trzy minuty. Lekarze mówią, że wyglądał tak, jakby kogoś szukał. A potem zapadł w śpiączkę. To było dwa dni temu i do tej pory się nie obudził.

Nie mogłam wykrztusić z siebie słowa. Ta cała historia....wszystko się wyjaśniło. To było wprost nie do uwierzenia. Liam podszedł i mocno mnie przytulił, pozwalając się wypłakać. Po chwili usłyszałam szybkie kroki na korytarzu.

-To ty!

Odwróciłam się, wycierając pospiesznie łzy i ujrzałam zapłakaną matkę Louisa, a za nią Dan'a.

-To twoja wina, zdziro! To przez ciebie mój syn leży tam teraz ledwo żywy! Nic takiego by się nie stało, gdyby nie ty!

Wykrzykiwała w moją stronę wszystko, co jej ślina na język przyniosła, a ja nie odpowiedziałam jej nic. Zaczęłam tylko ryczeć jeszcze bardziej. Liam przytulał mnie najmocniej jak umiał, chcąc mnie chronić, a reszta moich przyjaciół zaczęła mnie bronić. Także Dan desperacko próbował odciągnąć Jay i wybić jej z głowy moja winę, ale ja wiedziałam, że ona ma po części rację.

-Czy ty nie masz sumienia? Po tym, co się stało, jeszcze masz czelność się tu pokazywać? Nie udawaj, że on cię obchodzi, zależy ci tylko na jego pieniądzach. Owinęłaś go sobie wokół palca, zaślepiłaś go. Wynoś się stąd, bezwstydna szmato! Zostaw go w spokoju, nie chcę cię tu więcej widzieć!

To było szaleństwo, co tu się działo. Ona krzyczała, Dan ją odciągał i próbował przemówić do rozsądku, a moi przyjaciele się z nią wykłócali. Skakali sobie do gardeł, podczas gdy Lou leżał tam zupełnie niczego nieświadomy. Wreszcie jego matka została wyprowadzona przez swojego męża, a Liam dalej pozwalał mi się wypłakiwać na swoim ramieniu, za co w głębi duszy byłam mu bardzo wdzięczna.


Kilka kolejnych dni było takich samych. Te trzy czy może cztery doby spędziłam w szpitalu przy jego łóżku. Nasi przyjaciele zmieniali warty i także tu przyjeżdżali. Wszystko było bez zmian. Często wpadała rodzina Louisa. Wszyscy ledwo trzymali się na nogach, byli bez życia, widząc go w takim stanie. Najbardziej bolało mnie to, że nie mogłam nic zrobić. Lekarze najwidoczniej też byli bezradni. Przychodzili kilka razy dziennie, spoglądali w kartę choroby i, starając się uśmiechnąć pocieszająco, mówili "Bez zmian". Czyli jego stan się nie pogarszał. Ale też nie polepszał. Bo gdyby było dobrze, nie leżałby przecież na OIOM-ie, prawda?

-Patrycja.

Podniosłam głowę i zobaczyłam zatroskaną twarz Danielle.

-Znowu zasnęłaś przy nim.

Przetarłam rozespane oczy i spojrzałam na chłopaka. Nadal nic się nie zmieniło.

-Powinnaś odpocząć. - odezwał się Harry stojący obok Dan.

-Nie, wszystko okay. Tylko chwilę się zdrzemnęłam. - wyjaśniłam pospiesznie. Dziewczyna położyła rękę na moim ramieniu.

-Harry ma rację. Jesteś tu od kilku dni non-stop. Ledwo trzymasz się na nogach. Powinnaś pojechać do domu i wypocząć.

-Naprawdę wszystko jest dobrze. - wysiliłam się na uśmiech.

-Zamęczysz się. Proszę, pojedź ze mną. Chociaż na kilka godzin. Odpoczniesz od tego wszystkiego, wyśpisz się porządnie, zjesz coś. Paula i Domi nie darują mi, jeśli cię nie sprowadzę. Proszę, tak nie można. - namawiał Harry.

-Ale...

-Proszę, Patryśka. Ja i Liam z nim zostaniemy. Będziemy tutaj cały czas. Jeśli tylko coś się zmieni, od razu do ciebie zadzwonię, obiecuję. - przekonywała Danielle. Spojrzałam na Harry'ego, który pokiwał głową, zgadzając się z nią. Westchnęłam i powróciłam wzrokiem na Louisa. Pochyliłam się, by złożyć delikatny pocałunek na brodatym policzku chłopaka. Odsuwając się, lekko potarłam miejsce, które właśnie ucałowałam.

-Kocham cię, - szepnęłam. Chwyciłam jego dłoń i podniosłam lekko, by pocałować kostki. -Bądź silny, niedługo wrócę. Nie wywiń żadnego numeru, kiedy mnie nie będzie. - poprosiłam, pociągając nosem i wstając z krzesła. Przytuliłam Danielle. -Dziękuję, kochana. Tak wiele dla mnie robicie.

Pocałowała mnie w policzek, pocierając moje plecy, po czym wypuściła z objęć.

-Nie martw się, jakby coś, będę dzwonić.

Pokiwałam głową, ostatni raz zerknęłam na Lou i wyszłam z sali przed opiekującym się mną Harry'm. Po przyjacielsku, ale troskliwie objął mnie ramieniem i poprowadził na parking do swojego auta. Dopiero gdy wyszłam na powietrze, zorientowałam się, że jest ciemno.

-Która tak właściwie jest godzina?

-Druga w nocy. - odpowiedział chłopak. -Pojedziemy do domu i porządnie się wyśpisz, a wieczorem znowu zawiozę cię do szpitala, okay?

-Dobrze. Dziękuję, Harry.

-Widziałaś się dzisiaj z mamą Lou? - spytał niepewnie po chwili jazdy.

-Tak, była tu rano. Codziennie przychodzi. Ale tylko na dwie - trzy godziny. Pół miesiąca temu urodziła i nie zostawia bliźniaków na tak dłużej.

Harry pokiwał głową ze zrozumieniem.

-Rozmawia z tobą?

-Jay? Nie. Ona nie, ale trzymam się razem z Dan'em, Lottie, Fizzy i dziadkiem Keith'em, kiedy tu przychodzą. Oni nie uważają, że to moja wina. - spuściłam wzrok i dodałam szeptem: -W przeciwieństwie do Jay i mnie.

-Patryśka. - zganił mnie łagodnie. -Przestań  się obwiniać, proszę cię. To nie twoja wina.

-Ale gdybym może wtedy nie pojechała...

-Pojechałaś wcześniej, bo byłaś na niego wściekła. I słusznie. Należało mu się, ktoś go musiał ustawić do pionu. A jeśli nie pojechałabyś wtedy, to i tak musiałabyś lecieć za kilka dni. Po prostu Louis wtedy gdzieś jechał i... stało się. To nie była niczyja wina. Oprócz tych bandziorów. Obiecaj mi, że nie będziesz więcej brała winy na siebie. Louis by tego nie chciał i proszę cię o to w jego imieniu. Okay?

Już otwierałam usta, żeby coś powiedzieć, ale Harry popatrzył na mnie prosząco.

-Obiecaj.

-Obiecuję.

Uśmiechnął się smutno i zaparkował przed naszym domem. Ścisnął pocieszająco moją dłoń.

-Jesteśmy. Idź do łóżka i wyśpij się. Powinnaś odpocząć. I nie martw się o niego, jest w dobrych rękach.

Pokiwałam głową i wysiedliśmy z samochodu. Cicho weszliśmy do domu, starając się nikogo nie obudzić, w końcu był środek nocy. Poszłam do pokoju, przebrałam się w piżamę i wskoczyłam do łóżka. Leżąc, wpatrywałam się w słabe światła latarni za oknem. Próbowałam zasnąć, ale nie mogłam przestać o tym myśleć. Ale lubię takie chwile, kiedy w spokoju mogę sobie wszystko rozważyć i przemyśleć. Louis jest jaki jest, ale bez tych wszystkich swoich dziwactw nie byłby tym samym Louisem, w którym się zakochałam od pierwszego wejrzenia. Owszem, dużo wcześniej byłam fanką i Lou był moim crushem, ale jednak kochać idola z daleka, a kochać człowieka z bliska i żyć z nim, to dwie różne rzeczy. Aczkolwiek myślę, że obie tak samo silne. Louis czasem zachowuje się jak dziecko, często nie zna umiaru i lubi robić z siebie idiotę, ale zawsze dba o najbliższych. Najpierw myśli o innych, dopiero potem o sobie. Broni tych, których kocha. Także fanów. Cieszyło mnie to, że przy mnie zachowywał się naturalnie. Nikogo nie udawał, był sobą i zawsze był czuły i opiekuńczy. Traktował mnie tak od pierwszego dnia, kiedy się poznaliśmy. Pamiętam mnóstwo cudownych momentów spędzonych razem. Pierwsza randka. Kąpiel w fontannie i zgarnięcie przez policję. Krótki wypad do Francji. To wtedy krzyknął z wieży Eiffla, że mnie kocha. To wtedy tańczyliśmy na ulicy. To wtedy przy kolacji dał mi bransoletkę i powiedział, że chce, abym była szczęśliwa, gdyby coś mu się stało. Ej, chwila...

"Gdyby coś mi się kiedykolwiek stało, masz być po prostu szczęśliwa. Masz się mną nie przejmować i ułożyć sobie życie na nowo z facetem, który będzie dla ciebie lepszy niż jakaś tam gwiazdka popu."

Kiedy skręciłam kostkę, także powiedział mi coś, co brzmiało podejrzanie.

"Chcę spędzić resztę życia z tobą. Bez względu na to, jak długa ma być ta reszta życia, chcę ja przeżyć tylko z tobą"

Wtedy nie widziałam w tym nic specjalnie dziwnego, wzięłam to za nadmierną troskę o mnie i wyznanie miłości. Ale analizując to teraz... Łzy ponownie stanęły mi w oczach. O mój Boże. On już wtedy podejrzewał, że coś może mu się stać...


*** 


Wstałam przed południem i wałęsałam się po domu bez celu. Niall i Harry pojechali gdzieś rano, a ja zostałam z Paulą i Domi. Właściwie to one zostały ze mną. Oczywiście oficjalna wersja była taka, że chcą mi dotrzymywać towarzystwa i spędzić ze mną trochę czasu, ale ja doskonale wiedziałam, że boją się mnie spuścić z oczu, żebym nie zrobiła czegoś głupiego. Nikt mi tego nie powiedział wprost, ale czy to nie dziwne, że cały czas ktoś krąży obok mnie i pyta, jak się czuję?

-Jak się czujesz?

Na kanapie obok mnie usiadła Paulina. Spojrzałam na nią, po czym powróciłam wzrokiem na telewizor.

-Dobrze.

-Oglądanie opery z chińskimi napisami raczej nie oznacza, że czujesz się dobrze.

Oczywiście, że nie. Czułam się fatalnie. Nie zastanawiałam się nad tym, co leciało w TV, po prostu włączyłam i pogrążyłam się w myślach.

-Jadłaś coś od wczoraj?

Wzruszyłam beznamiętnie ramionami w odpowiedzi, a ona westchnęła ciężko.

-Kiedy cię nie było, to Harry nam gotował. Dobrze mu to szło, ale stęskniłam się za twoim jedzeniem. - oznajmiła wyłączając telewizor. -Jest pora lunchu, mogłabyś coś ugotować? Proszę. - spojrzała na mnie prosząco. Wyglądało to niewinnie, ale oczywistym było, że pod pretekstem jedzenia starała się znaleźć mi jakąś robotę, byle tylko czymkolwiek mnie zająć. Bez słowa podniosłam się i poszłam do kuchni, wyjmując blachę z piekarnika. 

-Zapiekanka z ziemniakami i warzywami? - zaproponowałam.

-Brzmi super. Umieram z głodu. - starała się brzmieć entuzjastycznie. Przygotowałam wszystkie potrzebne warzywa, ułożyłam je na blasze, doprawiłam, wrzuciłam dodatki i wstawiłam do piekarnika. Dziewczyny poszły na chwilę na górę, a ja zabrałam się za zmywanie naczyń. Kiedy gotowałam, zajęłam czymś myśli, ale teraz znowu zaczęłam za bardzo rozmyślać. Jego stan się nie zmienia, nadal leży na intensywnej terapii. A co, jeśli... on się nie wybudzi? Nawet się z nim nie pożegnałam. Kiedy mnie widział po raz ostatni, wrzeszczałam na niego, rzucałam talerzami, więc to nie są zbyt miłe wspomnienia.

-Jak ładnie pachnie. Już się upie... Patrycja!

Dominika znalazła się przy mnie w ułamku sekundy, wyrywając mnie z rozmyślania i wytrącając nóż z mojej trzęsącej się ręki. Najmocniej jak potrafiła, przytuliła mnie. Była blada i przerażona, tak samo jak Paula, która za chwilę pojawiła się obok niej. Domi odsunęła się na odległość ramion, by mnie lepiej widzieć, podczas gdy ja czułam się jak otępiała.

-Boże, nic ci nie jest? Wszystko w porządku? - oglądała dokładnie całą moją twarz i ręce. Właściwie sprawdzała, czy nie ma żadnych śladów. Kiedy uznała, że wszystko w porządku, westchnęła z ulgą i obie mocno mnie przytuliły. Okay, to musiało wyglądać dość dziwnie. Stałam przy zlewie, trzymając w drżących rękach nóż i tępo się w niego wpatrywałam. Więc co innego mogły sobie pomyśleć? Na pewno musiałam wyglądać jak psychopatka, która chce sobie podciąć żyły.

-Ja się tylko zamyśliłam. - wyjaśniłam cicho, kiedy wreszcie się ode mnie odkleiły.

-Patryśka, ty miałaś obłęd w oczach! Nigdy więcej tego nie rób. Nie możesz. - Dominika nadal była przerażona.

-Ale ja naprawdę tylko się zamyśliłam. 

-Za dużo myślisz. - stwierdziła Paula, próbując się uspokoić po tym, co zobaczyła. Mówiłam prawdę, ale one mi raczej nie uwierzyły.
Za jakiś czas wrócili Niall i Harry. Dali dziewczynom róże i ucałowali je. Zazwyczaj nie wyglądałoby to tak ubogo, ale w tej sytuacji wiedziałam, że nikt nie miał ochoty na amory. Wszyscy udawali, że jest okay, ale tak naprawdę chodzili jak struci. 

-Patrycja, proszę, to dla ciebie.

Podniosłam wzrok na chłopaków stojących obok mnie. Uśmiechali się życzliwie, a Niall stał o kulach i trzymał w ręku białą różę. Popatrzyłam na nią, a potem znowu na nich.

-Dla mnie? - zdziwiłam się, kiedy położył kwiat przede mną na stole i pocałował w policzek. -Za jakiej okazji?

-Dziś są Walentynki. - oznajmił Harry i także schylił się, by mnie cmoknąć, po czym usiadł do stołu jak reszta. -Pomyśleliśmy z Niallem, że będzie ci miło, gdy dostaniesz coś od nas. Kupiliśmy kwiaty naszym dziewczynom, więc tobie też. Musimy o ciebie zadbać.

-Dziękuję, to bardzo miłe. - wysiliłam się na uśmiech. 14 lutego. Wbiłam uporczywie wzrok w różę i przygryzłam wargę, kiedy poczułam, jak zaczyna mi drżeć. Wszyscy zajęli się jedzeniem mojej zapiekanki.

-Patrysiu, wszystko w porządku? Dobrze się czujesz? - spytał z troską blondyn. Jak ja nienawidzę tego bezsensownego pytania. A jak się mogę czuć, wiedząc, że człowiek, którego kocham, od tygodnia jest w śpiączce?

-Dobrze. - odparłam cicho. Patrzyli na mnie jak na idiotkę, więc wymusiłam uśmiech. -Czemu pytasz?

-Bo od dziesięciu minut mieszasz cukier w herbacie.

Odłożyłam łyżeczkę, śmiejąc się nerwowo.

-Powiedz nam, jeśli coś cię męczy. - poprosiła łagodnie Domi. Pociągnęłam nosem, oparłam się na krześle i przełknęłam gulę w gardle.

-Dzisiaj mieliśmy... - załamał mi się głos. Wytarłam łzy i wzięłam głęboki oddech. -Dzisiaj ja i Louis mieliśmy wziąć ślub cywilny. - na wpół się zaśmiałam, na wpół jęknęłam. Wszystkim opadły szczęki. Popatrzyli na mnie zszokowani. -To była tajemnica, dlatego nic nie wiedzieliście. Ale nie martwcie się, nic was nie ominęło, przecież ślubu i tak nie będzie. - wyrzuciłam z siebie na jednym wydechu z krzywym uśmiechem, po czym szybko wstałam i pobiegłam do pokoju, gdzie pogrążyłam się w niekontrolowanym płaczu. Po jakimś czasie przyszedł Harry i usiadł obok na łóżku. Siedział i tylko patrzył na mnie wyraźnie zmartwiony. 

-Przepraszam za mój wybuch. Ostatnio ciągle ryczę, a wy musicie się nade mną litować i mnie pilnować, żeby mi nie odbiło. Przepraszam.

Pokiwał głową tak, jakby doskonale mnie rozumiał. Wiedziałam, po co przyszedł. Westchnęłam i postanowiłam to krótko wytłumaczyć. Chyba należały im się jakieś wyjaśnienia.

-Harry, nie gniewajcie się, że nic wam nie powiedzieliśmy. To nie tak, że nie chcieliśmy, żebyście wiedzieli, czy coś. Podjęliśmy taką decyzję ze względu na naszych rodziców, media, Louis miał na myśli pewnie także mangament. Wiesz, że on chciał, żebyś to ty był jego świadkiem. Tak wyszło. - wzruszyłam ramionami. -Ale teraz i tak z tego nic nie będzie.

Chłopak przytulił mnie, co dodało mi chwilowo trochę otuchy.

-Nie martw się nami. Wiem, że nie zdecydowalibyście się na to, gdybyście nie mieli ważnych powodów. Po prostu bardzo nas to zdziwiło.

-Wcale się nie dziwię, mnie Louis też tym zaskoczył.

-Chcesz, żebym cię teraz zawiózł do szpitala? - spytał po chwili z troską. Pokiwałam głową, patrząc na niego z wdzięcznością.

-Dziękuję wam za wszystko. Jesteście niesamowici, a dla was to też jest bardzo trudny czas.

-Jesteśmy jak rodzina. Musimy sobie pomagać.

Pół godziny później już parkowaliśmy przed szpitalem. Założyłam okulary przeciwsłoneczne, by ukryć zapuchnięte oczy. Wysiedliśmy i z trudem przecisnęliśmy się przez tłum paparazzich, którzy bezlitośnie błyskali fleszami i wykrzykiwali rozmaite pytania, licząc, że na któreś uzyskają odpowiedź. Pod samą bramą roiło się od bukietów, pojedynczych kwiatów, różnych kartek i innych rzeczy dla Louisa. Z ciężkim sercem przeszłam obok tego i weszłam do szpitala. Kilka minut później już wchodziłam do odpowiedniej sali, witając się z Liamem. 

-Miał spokojną noc. - odpowiedział na moje niezadane jeszcze pytanie, kiedy mnie przytulił na powitanie. Spokojna noc oznaczała brak zmian. Nie była to jakaś najgorsza wiadomość, ale zawsze mogło być lepiej. Harry i Liam posiedzieli ze mną jeszcze godzinę, a potem zostawili nas samych. Cały czas trzymając Lou za rękę i wpatrując się w niego, nawijałam o wszystkim i o niczym. Zawsze kiedy z nim siedziałam, mówiłam coś do niego. Lekarz powiedział, że to pomoże mu szybciej się obudzić, tak więc wygłaszałam swoje, nieraz bezsensowne, monologi. Spojrzałam na zegarek.

-Trzecia po południu. - oznajmiłam, jakby cokolwiek mogło go to obchodzić. -O tej porze bylibyśmy już małżeństwem. I teraz pewnie wziąłbyś mnie za rękę i poprowadził do swojego samochodu, a potem miałbyś przygotowaną jakąś niespodziankę. Albo po prostu pojechalibyśmy do domu, jak gdyby nigdy nic i cieszylibyśmy się swoją obecnością. W sumie to teraz też jesteśmy razem. - westchnęłam, uśmiechając się słabo. Przyłożyłam jego dłoń do mojego policzka, po czym ją pocałowałam. Delikatnie przeczesałam palcami jego włosy i cmoknęłam w czoło. -Wszystkiego najlepszego z okazji Walentynek, Louie. Kocham cię.

Dalej się w niego uporczywie wgapiałam, aż po chwili monitor kontrolujący pracę serca zaczął mrugać. Momentalnie także mi przyspieszyło serce. Drżącymi rękami przycisnęłam kilkanaście razy guzik wzywający pomoc. Dosłownie po kilku sekundach, które mi wydawały się wiecznością, wbiegło kilku lekarzy i pielęgniarek, a za nimi Liam z Harry'm.

-Nawet nie próbuj. - zapłakałam, mocniej ściskając jego dłoń.

-Proszę się odsunąć. - poinstruował ktoś, ale ja dalej siedziałam jak otępiała, kurczowo trzymając jego rękę i spoglądając to na niego, to na tych wszystkich ludzi krzątających się wokół w pośpiechu. -Stan krytyczny! Proszę się odsunąć! - powtórzył jakiś facet, a Liam położył dłonie na moich ramionach.

-Patrycja, chodź.

Wtedy urządzenie zaczęło wydawać z siebie ciągły, piskliwy dźwięk. Wszyscy jeszcze szybciej skakali wokół Lou, a mnie sparaliżowało.

-Zatrzymał się! Defibrylator! 

-Proszę stąd wyjść! - krzyknął ktoś do nas.

-Patrycja, chodź! - wykrzyknął Liam, próbując mnie odciągnąć. Razem z Harry'm udało mu się tylko przesunąć mnie w kąt sali.

-Naładować! - lekarz odczekał sekundę, po czym przyłożył urządzenie do nagiej klatki chłopaka, którym aż wstrząsnęło. Zamknęłam oczy po tym widoku. Piskliwy, ciągły dźwięk nadal nie ustawał. Ludzie bez przerwy zasłaniali mi wszystko, a ja jedyne, co słyszałam, to ten przeraźliwy pisk.

-Nie! Błagam, nie zabierajcie mi go! - szlochnęłam rozpaczliwie, próbując się wyrwać chłopakom, ale trzymali mnie mocno, starając się jak najskuteczniej zasłonić mi widok.

-Walcz, chłopaku. Walcz! - krzyczał lekarz, wykonując defibrylację.

Przez kilka minut, które wydawały się godzinami, trzask urządzenia mieszał się z odgłosem uderzania jego pleców o łóżko. Najgorszy dźwięk, jaki kiedykolwiek słyszałam. Trzymałam głowę na ramieniu Liama i mocno zacisnęłam pięści na jego koszuli, ale kiedy ten okropny odgłos ustał i było słychać tylko pisk, jeszcze bardziej przerażona, spojrzałam w tamtą stronę. Lekarz, poddając się, odłożył powoli urządzenie i westchnął ciężko ze smutkiem.

-Wystarczy. Chłopak się poddał. Czas zgonu na wskutek nagłego zatrzymania akcji serca nastąpił o 4:16...

-Nie! - wydarłam się niekontrolowanie, starając się tam pobiec, ale chłopaki nadal zbyt mocno mnie trzymali. Spojrzałam na nich. Harry płakał, tak samo jak ja, a Liam tylko pokręcił przecząco głową. Cały personel patrzył na mnie jak na wariatkę, ale to mnie najmniej obchodziło.

-Patrycja, to nie ma sen....

-Nie! Jeszcze nie jest za późno! - krzyczałam, zanosząc się płaczem. -On się tak łatwo nie podda, a pan tak? Proszę spróbować jeszcze raz! Błagam, doktorze, błagam. - zaszlochałam, próbując złapać oddech. Lekarz popatrzył na pracowników z ociąganiem i wziął ponownie defibrylator.

-Naładować! - polecił z powątpiewaniem i po chwili znów usłyszałam trzask i uderzenie pleców. Nadal pisk. Modliłam się w duchu, by go jeszcze uratowali. Trzask, pisk, trzask, pisk, trzask, pip, trzask, pip, piip, piiip... Wszyscy nagle zamarli i nasłuchiwali. Wiedziałam, że się trzęsę i łkam, ale nie dbałam o to. Wpatrywałam się w monitor, tak jak inni, modląc się, by znów zapikał.

Piiip...


-Niemożliwe...  - westchnął zszokowany lekarz. 

Pracownicy odetchnęli z niekrytą ulgą. Chłopcy mocno mnie przytulili i wiedziałam, jak cholernie im ulżyło. We trójkę mogliśmy się wypłakać. Louis pewnie teraz powiedziałby coś głupiego, jak "Nie powinniście być zaskoczeni. Nawet na łożu śmierci potrafię wycinać numery". Gdy o tym pomyślałam, z mojego gardła wydobył się zdławiony dźwięk, który mógł być śmiechem, płaczem albo nawet krzykiem. 

-Takie przypadki zdarzają się bardzo rzadko. Jest cholernym szczęściarzem. - odezwał się inny lekarz. Kilka osób już wyszło, kilka nadal kręciło się wokół Lou. Jedna z pielęgniarek zaczęła skrupulatnie wszystko sprawdzać i odnotowywać.

-Ciśnienie 90/60, powoli rośnie. Częstotliwość oddechów 8 na minutę. Temperatura 36.3, ale powoli się zwiększa.

-Zmienić kroplówkę i stale go obserwować. - poinstruował doktor, zawieszając sobie stetoskop na szyję po skończonym osłuchaniu. Wpisał coś w kartę pacjenta i podszedł do naszej przerażonej trójki. -Zatrzymał się, ale to oznacza, że w organizmie coś się ruszyło. Niedługo powinien się wybudzić ze śpiączki. - poinformował, uśmiechając się nieznacznie. Poczułam, jak moje kolana uginają się, jakby ściągnięto mi z ramion ogromny ciężar. Osunęłam się na ziemię i zanim nastała ciemność, widziałam jeszcze łapiących mnie chłopaków i podbiegająca pielęgniarkę z lekarzem, którzy coś do mnie krzyczeli. A ja po prostu odlatywałam, nie mogąc nic na to poradzić.


***


Miałam strasznie ciężkie powieki, ale z trudem zmusiłam się, żeby je otworzyć. Zamrugałam kilka razy. Przyciemnione światło, jakieś denerwujące pikanie, jakiś kabel czy rurka przywiązana do mnie...

-O, obudziłaś się.

Odwróciłam wzrok w stronę uśmiechającej się z ulgą Danielle. Zmarszczyłam brwi, nie wiedząc o co tu chodzi. Rozejrzałam się po sali. Wtedy wszedł Liam razem z Dan'em i dziadkiem Keith'em.

-Cześć. - Daddy podał kubek z kawą Dani, uśmiechając się do mnie radośnie. Dan stanął przy końcu mojego łóżka, a Keith usiadł obok, po drugiej stronie niż dziewczyna i złapał mnie za rękę.

-Jak się czujesz? - spytał z troską starszy pan. Wędrowałam wzrokiem po kolei po nich wszystkich, a oni wgapiali się we mnie. Nie powiem, to było odrobinę denerwujące.

-Dobrze, ale jestem trochę zmęczona i senna. - odpowiedziałam niepewnie. Wskazałam na wenflon i popatrzyłam na nich pytająco.

-Zemdlałaś wczoraj po reanimacji Louisa. - wyjaśnił Dan. -Byłaś przemęczona, niewyspana, mało jadłaś. A do tego doszedł ogromny stres i strach. Za dużo emocji naraz.

No tak, długo spałam. Zaczęłam sobie przypominać. Za wiele przeżyć naraz. To, co się działo wczoraj z Louisem...

-Co z Lou? - zapytałam natychmiast, podnosząc się szybko do pozycji siedzącej, co poskutkowało tym, że zakręciło mi się w głowie.

-Hej, uważaj! Nie powinnaś wstawać tak szybko. - zganiła mnie Danielle.

-Co z Louisem? - ponowiłam pytanie. -Muszę do niego iść.

-Nigdzie nie pójdziesz, powinnaś teraz odpocząć. - zarządził dziadek.

-Spokojnie, z nim wszystko dobrze. - uspokoił mnie Liam. -Jest w stabilnym stanie. Tak jak mówił lekarz, niedługo powinien się wybudzić.

-Chcę do niego iść.

-Jego mama, Harry i Niall są teraz przy nim. - oznajmił Dan. Wtedy do sali wszedł lekarz.

-Obudziłaś się. - zauważył wesoło. Sprawdził mi ciśnienie, zbadał, zmierzył temperaturę i chciał poświecić mi latarką w oczy, ale odepchnęłam jego ręce, niecierpliwiąc się.

-Gdzie z tym fleszem po oczach! Doktorze!

-Muszę sprawdzić twoje odruchy. - wyjaśnił, ponawiając próbę zaświecenia latarki, ale mu ją zabrałam.

-Wszystko ze mną dobrze! - machnęłam ręką i spytałam z nadzieją: -Doktorze Hudson, czy mogłabym zajrzeć do Louisa?

-Oczywiście, że nie.

-Ale doktorze... - zaskomlałam prosząco.

-Nie ma mowy. Musisz odpocząć i uzupełnić niedobór witamin.

-Ale ja czuję się już dobrze.

-Wczoraj zemdlałaś. Ostatnio było dla ciebie dużo stresu, jeszcze ta wczorajsza sytuacja. Zaniedbałaś swoje zdrowie i teraz masz leżeć i odpoczywać, jasne?

-Chociaż na chwilkę.

-Nie zgadzam się. - odparł z uśmiechem, wpisując coś w kartę.

-Proszę, muszę go zobaczyć.

-Ależ jesteś uparta. - zaśmiał się cicho, kręcąc głową, kiedy zmieniał mi kroplówkę. -Jest wieczór, może jutro wrócą ci siły, to wtedy to przemyślę.

-To niech mnie pan zawiezie na wózku. Tylko minutka, proszę.

-Nie. - oznajmił finalnie, wyraźnie rozbawiony, kierując się do wyjścia. -Oh, i nie próbuj żadnych sztuczek w nocy. Będę na dyżurze i mam cię na oku. - zagroził żartobliwie i wyszedł.

-Będziemy się zbierać, bliźniaki czekają. - uśmiechnął się życzliwie Dan, lekko mnie przytulając. -Trzymaj się.

-Wracaj do zdrowia, kochanie. - dziadek Keith także mnie objął i pogłaskał po głowie, zupełnie jak mój własny dziadek.

-Dziękuję. - uśmiechnęłam się do nich z wdzięcznością. Pożegnali się z Payne'ami i wyszli.

-Mama Louisa była u ciebie. - oznajmiła Danielle.

-Mama Louisa? Jay? - upewniłam się.

-Tak, ona.

-Whoa... - nie ukrywałam zdziwienia.

-Opowiedzieliśmy jej o całym wczorajszym zdarzeniu. Posiedziała przy Louisie, a potem na chwilę wstąpiła zobaczyć, co z tobą. - wyjaśnił Liam. -Było po niej widać, że trochę ją to ruszyło. Przejęła się tobą.

-Wow, ciężko mi w to uwierzyć. - przyznałam. -Raczej bym się tego po niej nie spodziewała.

-Widzisz? Może wszystko się jakoś ułoży. - pocieszyła mnie dziewczyna, po czym wstała razem z chłopakiem. -Postaraj się zasnąć, to ci dobrze zrobi.

-Okay, spróbuję.

-Pa. - mrugnęła, Liam mi pomachał i oboje wyszli.

Obudziłam się rano i z niecierpliwością czekałam, aż przyjdzie lekarz, by mnie wypisać. Najpierw jednak wpadła do mnie Dominika i mnie przytuliła.

-Hej! Jak się czujesz?

-W porządku. Obudził się już? - zapytałam od razu, a ona westchnęła.

-Wiesz, że to może potrwać kilka dni.

-Ale równie dobrze może wybudzić się także dzisiaj. - upierałam się.

-Zrobić coś dla ciebie? - zmieniła temat. -Przynieść coś do jedzenia, do picia, a może chcesz gazety do poczytania?

-W dupie mam jakieś gazety. - prychnęłam. -Zawieź mnie do niego.

-Patryśka, dobrze wiesz, że nie mogę.

-No proszę cię.

-Nie powinnaś teraz nigdzie chodzić, jeszcze nie wyzdrowiałaś.

-Jestem całkowicie zdrowa, to było zwykłe omdlenie.

-Nie jesteś jeszcze na siłach.

-Czuję się dobrze, ale jeśli zaraz nie pozwolisz mi do niego iść, poczuję się gorzej. - zagroziłam.

-Zachowujesz się jak dziecko. - stwierdziła, kiedy akurat wchodził lekarz.

-Dzień dobry. - zwrócił się do mnie z uśmiechem. -Jak się dzisiaj czujesz?

-Mogę już do niego iść? - spytałam na wstępie, nie zważając na jego pytanie. Popatrzył na mnie karcącym wzrokiem, a ja przewróciłam oczami i odpowiedziałam mu jak małe dziecko. -Czuję się dobrze, panie doktorze.

-Niech pan jej pozwoli. Ona jest strasznie upierdliwa, nie da wam spokoju. - Domi popatrzyła na mnie z politowaniem.

-Zdążyłem to zauważyć. - odparł ze śmiechem.

-Jeżeli mnie pan teraz nie wypisze, wyjdę sama. - powiedziałam poważnie, a on się roześmiał.

-Bez wątpienia zrobiłabyś to.

-Doktorze Hudson, mówię serio.

-Okay, okay. Wypiszę cię dla świętego spokoju. Ale następnym razem nie chcę cię zbierać z podłogi, jak zemdlejesz.

-Dobrze, dziękuję. - uśmiechnęłam się i wstałam na równe nogi, po czym szybko zostałam przytrzymana przez mężczyznę.

-Ej, ale powoli. Najpierw musimy cię odłączyć. - posadził mnie na łóżku.

Niechętnie poddałam się wszystkim badaniom, wyciągnął ze mnie rurki i wreszcie mnie oficjalnie wypisał. W tym czasie Dominika przyniosła mi świeże ubranie z samochodu. Przebrałam się i razem z nią skierowałam prosto na salę 17, gdzie przy Lou siedział Zayn z Perrie. Przywitali się ze mną i od razu zapytali:

-Jak się czujesz?

-Błagam was. - spojrzałam na nich znudzona już tym pytaniem. -Idźcie gdzieś zjeść coś czy cokolwiek. - wygoniłam ich żartobliwie.

-Właściwie nie jedliśmy jeszcze śniadania. - zauważyła z uśmiechem Perrie. -Pójdziemy na dół do kawiarni. Jakbyś nas potrzebowała, dzwoń.

-Okay.

Wyszli, a ja zostałam sama z Louisem. Przez kilka minut znowu nawijałam do niego o różnych pierdołach. Widziałam, że nie ma żadnych zmian i ten fakt mnie dobijał. Tylko otarcia i rany mu się zagoiły, ale nadal był nieprzytomny. Boże, wyglądał tak delikatnie i krucho, taki blady i niewinny. Tak bardzo bolało serce, kiedy widziałam, w jakim jest stanie.

-Oh, Louis... - westchnęłam, czując, że zaraz znowu się popłaczę i oparłam czoło na jego klatce. -Kiedy wreszcie do mnie wrócisz?

Siedziałam tak chwilę, aż poczułam leciuteńki, słaby uścisk dłoni, którą splotłam z jego. Powoli podniosłam głowę, bojąc się, by to nie okazało się fałszywym alarmem. Spojrzałam na jego twarz i moje serce zabiło szybciej. On miał otwarte oczy i patrzył na mnie. Było widać, że jest bardzo zmęczony i walczy z tym, by nie zasnąć.

-Louis? - zapytałam z nadzieją. Zamrugał kilka razy, zanim znów otworzył szerzej oczy. Wciąż śpiący, popatrzył się na mnie, starając się uśmiechnąć, ale widziałam, jak wiele go to kosztowało, po czym znowu zamknął oczy. Niemal spadłam z krzesła, w pośpiechu naciskając przycisk kilka razy. -Louis? - zapytałam znowu, nieco głośniej niż wcześniej, a podekscytowanie rozdzierało mnie od środka. Oczy Lou otworzyły się, ledwo rejestrując moją obecność nad nim, zanim znowu się zamknęły. Uśmiechnęłam się, czując łzy na policzkach. -Louis.

Jego usta poruszyły się, jakby próbował zaczerpnąć powietrza, ale tuba w jego tchawicy mu to utrudniała. Zaczął się krztusić. Zadzwoniłam jeszcze raz po pomoc i wtedy pojawiły się trzy pielęgniarki, każąc mi odsunąć się. Zaczęły coś robić wokół niego, a jedna usunęła mu rurkę do oddychania. Wszedł także lekarz. Wykonał szybkie badania, sprawdził wszystko i podszedł do mnie.

-Teraz już będzie z nim dobrze. - skomentował z ulgą i zostawił nas samych. Szybko usiadłam obok łóżka.

-Louis?

Jego powieki mrugnęły znowu, i znowu, zanim w końcu całkowicie się otworzyły. Miał duże i ciemne źrenice, jakby był naćpany, ale z każdą kolejną chwilą to powoli mijało. Skupił na mnie wzrok. Wyglądał bardzo słabo.

-Pa... - zaczął, ale dźwięk został stłumiony przez głośne kliknięcie w gardle, kiedy próbował przełknąć. Pewnie jego usta całkowicie wyschły bez picia przez cały ten czas. Pielęgniarka, która została, podniosła poduszkę pod jego głową, dopóki nie znalazł się w pozycji pół-leżącej. Nadal silnie walczył z tym, by nie zasnąć. Pielęgniarka wróciła ze szklanką wody i słomką. Bez wahania wzięłam ją od niej i przyłożyłam słomkę do ust chłopaka. Z trudem, powoli upił kilka łyków. Wziął głęboki oddech. -Pa...Patuś. - wychrypiał.

-Tak, Lou. Jestem tutaj przy tobie, jestem. - przeczesałam troskliwie jego włosy i pocałowałam czule czoło oraz knykcie palców, mocno ściskając dłoń. -Wróciłeś do mnie. - otarłam łzy z policzków, nie posiadając się z radości. -Jak się czujesz?

-Ś... śpiący. - wyszeptał. Sen znów zaczął nad nim zapanowywać. -Zmę... czony. - wymamrotał, zanim znów zasnął.

Kiedy obudził się po godzinie, ciężar na jego powiekach był już widocznie lżejszy.

-Louis? - spytałam cicho. Zamrugał i powoli otworzył oczy. Przez moment raziło go światło, ale niedługo przywykł do tego. Zajęło mu jeszcze chwilę, zanim skupił na mnie wzrok. Wziął długi, drżący oddech.

-Kocham... cię. - wyszeptał z trudem. Moje oczy wypełniły się łzami po raz kolejny. Były chwile, kiedy wątpiłam, że jeszcze kiedykolwiek usłyszę od niego te słowa. Pochyliłam się, by przycisnąć delikatny pocałunek do jego policzka.

-Też cię kocham, Lou. - otarłam oczy i policzki. -Zawsze będę cię kochać.

-Więc... co mi ... jest? - znowu ciężko przełknął, lekko przymykając oczy. -Czuję się ... okropnie.

-Miałeś wypadek. Jesteś zmęczony, bo dopiero wybudziłeś się ze śpiączki. - wyjaśniłam krótko. Powoli pokiwał głową ze zrozumieniem. Wciąż śpiący powrócił na mnie wzrokiem i sięgnął drugą dłonią do mojego policzka, wyglądając, jakby włożył w to całą siłę.

-Wszystko w porządku ... z tobą? - spytał cicho z troską. Roześmiałam się cicho i gorzko, pozwalając opaść histerycznie mojej głowie na pierś chłopaka. To w żaden sposób nie było zabawne. Louis martwił się o mnie, mimo że sam leżał na intensywnej opiece, dopiero wybudzony ze śpiączki. -Coś ... nie tak?

-Tak cholernie się o ciebie bałam. - zaszlochałam, podnosząc głowę. -Nigdy więcej mi tego nie rób, ty dupku. - warknęłam, wciągając do płuc jak najwięcej jego zapachu, jakbym chciała go zapamiętać do końca życia. -Jeszcze raz wywiń mi taki numer, a znajdę cię choćby i na końcu świata i się zemszczę. - zagroziłam, co wypadło raczej niezbyt przekonująco, kiedy cała zapłakana, tuliłam się do niego rozpaczliwie. Odchrząknął i pogładził mnie po głowie.

-Przestań. - wymamrotał. -Wiesz, że nie mogę ... znieść twoich łez. Koniec, przestań, przecież ... nie umarłem. - chciał mnie uspokoić, ale przypomniał mi sytuację, kiedy go reanimowali na moich oczach. Zaczęłam jeszcze bardziej zanosić się płaczem. -Jest okay ... naprawdę okay ... Proszę, przestań ... płakać. Nie lubię ... kiedy płaczesz. - zakasłał słabo kilka razy. Wzięłam głęboki oddech i podniosłam głowę. Otarłam dłonią oczy i policzki, pociągnęłam nosem i posłałam mu mały uśmiech. -Tak lepiej. - wychrypiał, zdobywając się na uśmiech, po czym ponownie zasnął.

Jednak tym razem jego drzemka trwała krócej, a kiedy się obudził, był odrobinę silniejszy.

-Przez ten cały czas przy mnie siedziałaś? - zmartwił się po przebudzeniu.

-Praktycznie tak. Ale o twoim wypadku dowiedziałam się dopiero dwa dni po całym zdarzeniu. Byłam w Stanach i powiedzieli mi, kiedy wróciłam. Dzwonili do mnie, ale nie chciałam z nikim gadać. Mogłam chociaż odebrać...

-Daj spokój. To i tak ... by nic nie dało. Byłaś zła ... bo sobie nagrabiłem.

-Pamiętasz to?

Pokiwał twierdząco głową.

-Przepraszam za ... wszystko. Jestem idiotą.

-Zapomnijmy o tym. - pogładziłam czule jego włosy. -To ja nie powinnam lecieć, tylko zostać z tobą.

-To nie twoja wina.

-Podejrzewałam, że coś się dzieje. Mogłam zapytać, a tego nie zrobiłam.

-Powinniśmy wam powiedzieć o wszystkim. Jesteśmy dorośli ... a przynajmniej powinniśmy zachowywać się ... jak dorośli.

-W każdym razie powinnam być przy tobie od początku.

-Patryśka...- wymruczał.

-Hmm?

-Zamknij się.

Uśmiechnęłam się rozbawiona. Typowy Louis.

-Kiedy przy mnie siedziałaś, opowiadałaś mi różne rzeczy, prawda? - uśmiechnął się słabo, splatając nasze dłonie na swojej klatce.

-Słyszałeś to? - zdziwiłam się. Zauważyłam, że coraz lepiej mówił. Nadal miał chrypkę i czasem kasłał, ale raczej mówił płynnie.

-Coś tam słyszałem. - przyznał. -Jak długo byłem nieprzytomny?

-Ponad tydzień.

-Który dzisiaj jest?

-16 luty.

Zamyślił się chwilę i westchnął ciężko zmartwiony.

-Przespałem swój własny ślub. Jestem beznadziejnym narzeczonym.

-Oh, Louie. - pogładziłam jego wychudzony policzek. -Nie przejmuj się tym. Najważniejsze jest teraz twoje zdrowie.


Tego samego dnia odwiedzili go wszyscy nasi przyjaciele i rodzina. Po spotkaniu tylu ludzi był bardzo zmęczony i zasnął. Ale jego drzemki stawały się coraz krótsze i rzadsze, a on powoli nabierał sił. Przez kolejne dwa dni kręciło się wokół niego dużo ludzi, a on wracał do zdrowia. Ale tylko fizycznie. Przez pierwsze dwie doby cieszył się z  towarzystwa, był wesoły i radosny. Im bardziej mu się poprawiało, tym stawał się bardziej ponury i rozdrażniony. Coraz mniej mówił, nie miał ochoty na odwiedziny, więc wszyscy odwiedzali go rzadziej, by go nie denerwować.

-Coś niedobrego się z nim dzieje, doktorze Hudson. Martwię się o niego. - zaczęłam, siadając w gabinecie starszego lekarza.

-Zauważyłem. - przyznał smutno. -Depresja powypadkowa.

-Niemożliwe. - pokręciłam głową. -Louis i depresja? Aż tak źle?

-Najwyraźniej. Posłuchaj. On cię teraz bardzo potrzebuje. Niekoniecznie musi się spotykać z innymi, ale ty jesteś mu teraz naprawdę potrzebna.

-Zajmę się nim. - obiecałam.

-Tylko pod żadnym pozorem nie mów mu o jego depresji. On nawet nie dopuści do siebie takiej możliwości, a może stracić do ciebie zaufanie. Owszem, można go wysłać na terapię, ale oboje dobrze wiemy, że się nie zgodzi. Męska duma mu na to nie pozwoli. I będzie się bał, żeby media się nie dowiedziały. W końcu ostatnio mówią tylko o nim i o tej sprawie, więc mogą wywęszyć wszystko, a tego raczej nie chcecie. I jest jeszcze jedna sprawa. Chodzi o podpisanie tego. - podsunął mi na biurku jakiś dokument.

-Co to jest? - rzuciłam na niego okiem.

-Louis potrzebuje leczenia. Żeby całkowicie wyzdrowiał, musimy go leczyć w odpowiedni sposób. Nie bój się, to po prostu leki. Ale leki, na których podanie potrzebujemy jego zgody.

-Rozumiem. - przytaknęłam. -A jeśli on się nie zgodzi?

-Stan ludzi, którzy wyszli ze śpiączki i mieli w dodatku tak poważne urazy, jest nieprzewidywalny i niestabilny. On się zalicza akurat do tej grupy ludzi. - westchnął. -Patrycja, nie będę cię oszukiwał. Widziałaś, co się z nim działo. Chwilami jego stan nie był krytyczny, ale nawet bywał beznadziejny. Było z nim bardzo źle.

-I jeśli nie podda się leczeniu, może ... umrzeć? - spytałam cicho przerażona, z nadzieją zerkając na kartkę. Lekarz zawahał się chwilę.

-W najbliższym czasie nie, ale... Wszystko się może zdarzyć.

-Zaniosę mu to do podpisania. - po chwili wzięłam teczkę z kartką i długopisem i poszłam do sali 17.

-Hej, kochanie. - uśmiechnęłam się troskliwie. -Jak się czujesz?

-Bez zmian. - wzruszył ramionami. -Wkurza mnie to, że wszyscy się nade mną litują. - wypalił.

-Litują? Louis, oni się po prostu o ciebie martwią.

-Niepotrzebnie.

-Owszem, potrzebnie. Wiesz, jak z tobą było. - delikatnie mu przypomniałam, na co przewrócił oczami i wskazał na teczkę w mojej ręce.

-Co to?

-Podpisz. - podałam mu. -Żebyś wyzdrowiał całkowicie, potrzebują twojej zgody na podanie ci leków. Zwykła formalność.

Obejrzał kartkę i zastanowił się przez moment, po czym oddał mi teczkę, kręcąc głową.

-Nie podpisałeś tego. - zauważyłam skonsternowana.

-Wiem. I nie podpiszę. - oświadczył. Zaśmiałam się nerwowo.

-Louis, nie wygłupiaj się. Podpisz, muszę to zanieść doktorowi.

-Nie podpiszę tego.

-Dlaczego?

-Nie wyrażam zgody na leczenie.

-Że co?! Jak to "nie wyrażam zgody na leczenie"? Louis, kochanie. - złapałam go czule za dłoń. -Podpisz to i niedługo będziesz zdrowy. Wrócisz do formy szybciej, niż ci się wydaje. Nie bój się, to nie wiąże się z żadnym ryzykiem. To zwykła formalność. - starałam się go uspokoić.

-Nie chcę, żeby mnie leczyli. Wyzdrowieję i co potem? Minie sporo czasu, zanim dojdę do siebie, a ty będziesz musiała się mną zajmować. Wszyscy dalej będą skakać wokół mnie i się nade mną litować, a ja tego nie chcę. Czuję się jak kaleka. Media będą huczały i użalały się nade mną, jaki to jestem biedny i poszkodowany. Nie chcę tego, rozumiesz?

Zszokował mnie, nie wiedziałam co powiedzieć. Bez namysłu palnęłam jedyny argument, jaki przyszedł mi do głowy.

-Bez tego możesz umrzeć.

-No to umrę! Bardzo dobrze. Wolę umrzeć młodo, w najpiękniejszym okresie, mając świadomość tego, że ktoś mnie pamięta, że coś osiągnąłem w życiu. Lepsze to niż umieranie w samotności w wieku osiemdziesięciu lat, kiedy nie będę mógł wstać z łóżka, nikt nie będzie mnie pamiętał i będą mieli mnie dosyć.

Zamurowało mnie. Nigdy, przenigdy w życiu nie spodziewałabym się, że on może coś takiego powiedzieć. Patrzyłam na niego z niedowierzaniem.

-Ale Louie... - szepnęłam błagalnie, starając się nie rozpłakać.

-Chcę podpisać oświadczenie, że nie zgadzam się na reanimację w razie czego. - oświadczył finalnie. Pociągnęłam nosem i bez słowa wyszłam z sali. Pozwoliłam sobie na mały płacz na korytarzu, po czym otarłam łzy i wróciłam do gabinetu doktora.

-Chce podpisać oświadczenie o zakazie reanimacji w razie potrzeby. - oznajmiłam, kładąc przed nim niepodpisany papier. Nawet jego to zszokowało.

-Powiedziałaś mu, że może...

-Tak. - przerwałam. -Ale stwierdził, że lepiej umrzeć młodo.

-Cholera.

-A czy nie mogłaby tego podpisać jego matka, na przykład? Albo chociażby ja? Lub nawet pan. Jako jego lekarz.

-Niestety. Tylko jego podpis. - pokręcił głową zmartwiony.

-Niech pan uzna, że on nie myśli teraz racjonalnie. Wtedy ktoś inny mógłby to zrobić. - poprosiłam.

-Jest świadomy swojej decyzji, nic nie możemy zrobić za niego, przykro mi.


Przez całe dwa dni ja i nasi przyjaciele staraliśmy się przekonać go, żeby jednak się zgodził, ale to tylko go bardziej zdenerwowało. Nawet jego rodzina nie zdołała go namówić. Po kolejnej nieprzespanej nocy, z samego rana udałam się na rozmowę z doktorem.

-Może dzisiaj nam się uda. - odezwałam się z nadzieją.

-To nic nie da. - westchnął smutno. -Jemu jest potrzebna jakaś potężna motywacja. Coś, co nim wstrząśnie. - popatrzył na mnie błagalnie, wręczając mi teczkę. -Chwytaj się wszelkich możliwych argumentów. Jeżeli będzie trzeba, skłam. Nawet jeśli wyzdrowieje  i będzie miał do ciebie o to żal, kiedyś to zrozumie. Kocha cię, więc ci wybaczy i wtedy będzie za to wdzięczny. Ale nie wahaj się używać najmocniejszych słów. Kłóć się z nim, błagaj, szantażuj, cokolwiek, co ci przyjdzie do głowy. Tylko ty możesz go przekonać.

Według jego wskazówek, błagałam Louisa, krzyczałam, odwoływałam się do chłopaków, rodziny, do mnie,  zanosiłam się płaczem na jego oczach, próbowałam mu przemówić do rozsądku, wszystko na nic. Wieczorem, po równie ciężkim dniu jak dwa poprzednie, podeszła do mnie zapłakana Jay.

-On nie chce słuchać. Nawet mnie. - skręcała się z frustracji i spojrzała w niebo, szukając wsparcia. Słowa, które później wyrwały się z jej ust, były desperacką prośbą cierpiącej matki. Wzięła moje dłonie i popatrzyła błagalnie przez łzy. -Jesteś jedyną osobą, która może go ustawić do pionu. On stracił już wiarę w to, że ma prawo do szczęścia. Zyskałaś specjalne miejsce w jego sercu. Wiem, że mnie nienawidzisz, ale błagam cię, przekonaj go. Błagam. - rozpłakała się. Starając się nie zrobić tego samego, niepewnie ją przytuliłam, a kobieta, która jeszcze niedawno rzucała we mnie obelgami, objęła mnie, próbując się uspokoić. Byłyśmy teraz w jednej drużynie. Walczyłyśmy o to samo. Po jakimś czasie weszłam do niego.

-Przepraszam. - powiedział od razu, gdy obok niego usiadłam.

-Zmieniłeś zdanie? - zapytałam z nadzieją. Westchnął ciężko.

-Nie. Przepraszam za moje zachowanie. Wiem, że się o mnie martwicie, ale nie chcę tak żyć, rozumiesz? I nie chcę, żebyś ty musiała tak ze mną żyć. Kocham cię najbardziej na świecie, ale nie zmienię zdania. Pamiętasz, co ci kiedyś mówiłem w Paryżu. Zawsze będę przy tobie, a ty pamiętaj o mnie, ale bądź szczęśliwa. - pocałował moją dłoń.

-To brzmi jak pożegnanie. - zaszlochałam.

-Chcę wiedzieć, że zdążyłem się z tobą pożegnać.

-Lou, wiesz, że to nie musi tak wyglądać. Wystarczy podpis i odrobina wiary. To może być dopiero początek.

-Nie zmienię decyzji. Widocznie tak musiało być.

Boże, on uśmiechał się do mnie tak, jakby wszystko było w porządku, podczas kiedy ja płakałam żałośnie przy jego łóżku. On się już z tym pogodził i oswoił.

-Poradzisz sobie, wszystko będzie w porządku.

Niepewnie w końcu spojrzałam w górę, bojąc się tego, co zaraz miałam zrobić.

-Jeśli nie chcesz tego zrobić dla fanów, przyjaciół, rodziny, ani nawet dla mnie, to chociaż dla dziecka. - odezwałam się pozbawionym świadomości głosem. Popatrzył na mnie zdziwiony, lekko nie dowierzając i wpatrywał się tak przez moment. Przez ułamek sekundy błysnęła w jego oczach jakaś zmiana. To była iskierka nadziei, podekscytowania albo radości. Uśmiechnął się ledwo zauważalnie. W końcu odezwał się szeptem, mocniej ściskając moją dłoń.  



-Dziecka?

Wytarłam łzy, pociągnęłam nosem i pokiwałam głową.

-Zrób to chociaż dla naszego dziecka.





















Whoa! Ale się porobiło, co nie? :D Od razu wyjaśniam: to nie ma nic wspólnego z ostatnimi plotkami, sami wiecie jakimi. Uwierzcie, to było planowane w mojej głowie dużo wcześniej niż pojawiły się te "doniesienia zaufanych źródeł" The Sun i innych plociuchów.

Więc co o tym sądzicie? :D Ja osobiście jestem z niego dumna i wiecie, o czym marzę? Żeby chociaż jedna osoba poryczała się, czytając go. To taki mój chapter goal :D Jestem strasznie ciekawa waszych reakcji :)